sobota, 17 sierpnia 2013

#3: Najgorsza w tym wszystkim była świadomość mojej bezradności.

                                        Chyba nigdy nie zapomnę minionego wieczoru. Pierwszy raz w życiu czułam się tak bardzo poniżona, zrównana z ziemią i nic nie warta. Brudna. I choć spędzałam z Gerardem wcześniej kilka nocy to dopiero wczoraj pokazał za co mnie uważa i jaki jest naprawdę. Nie mogłam znieść myśli, że to dopiero początek, że najwyższy czas się do tego przyzwyczaić i myśleć tylko o tym jaką korzyść to wszystko przyniosło.
                                       Najgorsza w tym wszystkim była świadomość mojej bezradności. Byłam bezsilna przy nim, nawet nie miałam prawa sprzeciwu, bo gdybym tylko spróbowała to wszystko ukrócić całe moje poświęcenie poszłoby na marne. Jaki byłby więc sens tego wszystkiego? Co dawałoby mi siłę, żeby wstawać rano z tego pieprzonego łóżka, pić hektolitry kawy, żeby jako-tako wyglądać, uczyć się i na siłę próbować ułożyć sobie i tak spierdolone życie. Mój bagaż doświadczeń, który zebrałam w ciągu ostatniego roku mnie przerastał. Zawsze odpychałam od siebie serię tych strasznych myśli i raniących wciąż wspomnień. Odkładając to wszystko gdzieś na sam koniec mojej głowy, czekałam aż wielka góra syfu, którą formowałam od miesięcy spadnie, przysłaniając mnie całą. To było tak cholernie nieuniknione.
                                       Mimo że Trevor odwiózł mnie do domu kilka minut przed jedenastą wieczorem to jeszcze długo nie mogłam zasnąć. Siedziałam pod prysznicem bite czterdzieści pięć minut, szorując się desperacko, chcąc zmazać z siebie jakiekolwiek oznaki JEGO dotyku. Dotyku mężczyzny, który miał mnie za nic, który mnie nie szanował i nie krył się z tym, że jestem wyłącznie od tego, by zaspokajać jego najbardziej prymitywne potrzeby. Owinęłam ręcznik wokół głowy, włożyłam swój krótki, błękitny szlafrok i zawiązując go luźno podeszłam do kuchennego blatu. Bezmyślnie wyjęłam największy kubek, jaki znajdował się w moich szafkach i kilka minut później pozwoliłam, by wysoka temperatura owocowej herbaty parzyła moje wargi i podniebienie. Bolało, ale to właśnie ból mnie wyzwalał.
                                       Byłam małą masochistką. Larkin mnie tego nauczył. Kazał tłumić w sobie wszystkie emocje albo pozbywać się ich samemu, w głowie. I choć nigdy nie kaleczyłam się tak desperacko jak cięcie ani nie dokonywałam na sobie żadnych innych fizycznych szkód to to co działo się w moim umyśle było wystarczającą karą. Toczyłam wewnętrzne wojny, każda myśl wysyłała sprzeczne sygnały, nie mogłam poradzić sobie z natłokiem wszystkich emocji aż w końcu... Aż w końcu przestałam do nich wracać i zamknęłam je w wyimaginowanej szafie, która już powoli zaczęła pękać w szwach. To bolało. Strach przed przeszłością działał na mnie jeszcze bardziej niż niewiedza, co stanie się jutro. Ale wyzwalał. Pierdolony paradoks.
                                      Kiedy wsunęłam się pod kołdrę było wpół do trzeciej w nocy, a sen za nic nie chciał przyjść. Nic nie mogło mnie teraz zmorzyć, choć byłam wykończona. To przez te nerwy... Tak, zawsze miałam z nimi problem.
                                   





                                     Budzik zadzwonił równo o ósmej piętnaście rano. Obliczyłam prędko w głowie, że spałam tylko dwie i pół godziny, rozmyślając do rana o wszystkim i niczym. Zastanawiałam się, którym autobusem dojechać do szkoły, a łzy same spływały mi po policzkach. Każda dziewczyna tak ma, prawda? Że płacze nawet wtedy, kiedy nie ma do tego najmniejszego powodu. Tak, dla siebie.
                                     Zajęcia zaczynały się punkt dziesiąta. Machinalnie zerwałam się z łóżka i zaścieliłam je, niemal od razu udając się do kuchni. Otworzyłam lodówkę i przyjrzałam się całej tej zawartości tylko po to, żeby za chwilę stwierdzić, że jedzenie najzwyczajniej w świecie mnie obrzydza i trzasnęłam drzwiczkami, zamykając się w łazience.
                                     Spojrzałam jeszcze raz na zegarek na mojej lewej ręce i z ulgą stwierdziłam, że to nie ja się spóźniłam, a profesor, z którym mieliśmy mieć dzisiaj lekcje nie dotarł na czas. Panowała tutaj taka niepisana zasada, że jeżeli wykładowca spóźnia się więcej niż dwadzieścia minut to nie ma sensu na niego czekać. Jeszcze tylko piętnaście...
                                     Stała tutaj chyba cała moja grupa. Jakieś pięćdziesiąt osób, pogrążonych w rozmowach i próbujących zabić czas. Nie miałam ochoty dołączyć do bezsensownej gadki o angielskiej pogodzie czy słuchać narzekania na beznadziejne warunki pracy w barach szybkiej obsługi w jakich trudniła się połowa moich znajomych. Musicie mi uwierzyć, że jestem towarzyską osobą, ale byłam niewyspana, a mój brzuch właśnie upomniał się o śniadanie. Świetnie.
- Nathalie! - usłyszałam czyiś głos z mojej prawej.
 Zdziwiona zmarszczyłam czoło, chcąc dowiedzieć się kto mnie wołał, a że mój mózg działał teraz awaryjnie musiało zająć mi to trochę.
Boże. To jest...
- Harry? - otworzyłam szerzej oczy, dziwiąc się trochę na jego widok.
                                      Zmierzyłam go uważnie wzrokiem. Wyglądał... wow. Miał na sobie czarne, długie spodnie, białą koszulę z rozpiętymi dwoma górnymi guzikami, a na głowę naciągnął tę samą czarną czapkę, w której widziałam go wczoraj. Dzisiaj wydawał mi się wyższy, normalniejszy i... matko, bardziej przystojny? W ręku trzymał szary segregator, a na jego ramieniu wisiała szkolna torba przez którą przewiesił płaszcz. Uśmiechnął się szeroko, widząc moją reakcję na to spotkanie, a ja oblałam się rumieńcem. Żałosne, nie?
- Właściwie to powinienem się na ciebie obrazić. - powiedział unosząc brwi, a jego usta wykrzywiły się w udawanym grymasie niezadowolenia. - Próbowałem się wczoraj do ciebie dodzwonić, a tu co? Błędny numer.
- Co? - zmarszczyłam czoło z niezrozumieniem, a on prędko wyjął komórkę z kieszeni i sekundę później mi go podał.
                                      Telefon wskazywał kontakt "Nathalie studia". Szybko przejrzałam ciąg cyfr tuż pod nią i dotknęłam dłonią czoła z zażenowaniem.
- Boże... - westchnęłam ciężko.
- Harry. - zaśmiał się, co zignorowałam.
- Przepraszam cię! - zaczęłam się tłumaczyć. - Wczoraj byłam tak zdenerwowana, że przez przypadek pomyliłam końcówkę. Daj, poprawię. - wyciągnęłam dłoń w jego stronę, chwilę później już dzierżąc w dłoni jego iphone. Prędko zmieniłam dwie ostatnie cyfry na te poprawne i dla jasności zadzwoniłam do siebie, udowadniając mu, że teraz było jak należy.
- Ale wszystko jest już w porządku? - spytał jakby trochę ciszej, a ja ściągnęłam brwi. - No... Chodzi mi o tą wczorajszą sytuację. Trochę się martwiłem, wybiegłaś z tej knajpy jakby gonił cię jakiś psychopata z toporem, a potem jeszcze nie odbierałaś. Co ty filmów nie oglądasz?! - dorzucił widząc moją rozbawioną minę. - Potem zazwyczaj jest jakaś kulminacyjna scena gdzie bohater rozkopuje czyiś grób i widzi tam własne ciało albo...
- Dobra! - zaśmiałam się cicho, przerywając mu ten wywód. Wcale nie był zły, wręcz przeciwnie.
                                        Chyba powiedziałam to trochę za głośno, bo sześcioosobowa grupka tuż za plecami chłopaka obróciła się jak na zawołanie i zmierzyła nas wzrokiem. Uśmiechnęli się miło, zwłaszcza Brad, z którym ostatnio przegadałam całe zajęcia (uświadamiał mnie i wprowadzał w tajniki piłki nożnej i nadchodzącego meczu, na który postawił całkiem sporo kasy). Mimo to widziałam, że wchodzą na nasz temat, bo nagle ich rozmowa przycichła i konspiracyjnie pochylili się trochę do przodu.
- Nie odpowiedziałaś mi na pytanie. - Harry po raz kolejny wyrwał mnie z rozmyślań. - Na pewno wszystko gra? Nie chcę nic mówić, ale nie wyglądasz najlepiej.
- Dzięki. - mruknęłam.
- Chodź. - zarządził nagle, chwytając moją dłoń, w której dalej trzymałam stylesowy telefon.
- CO?! - prawie krzyknęłam, kiedy potknęłam się o własne nogi w tym biegu i niemal wywaliłam się na podłogę. - Co ty robisz?!




~*~






Styles zarządził wagary.
Tak.
Wagary. Bardzo odpowiedzialnie wiać z zajęć, z których oblało się egzamin.
           W życiu bym nikomu nie powiedziała gdzie ten chłopak mieszkał. Jechał tak krętymi drogami i chyba naokoło, że nikt normalny nie połapałby się w kolejności przecznic, jakie trzeba pokonać. Do tego całą drogę mnie zagadywał, żebym skupiała się na nim, a nie na widokami za oknem. Rozumiałam, że ceni sobie prywatność, ale w takim razie dlaczego zabiera mnie do swojego domu?
           Zdradził mi, że mieszka chwilowo z Zayn'em i Niall'em, ale był pewien, że żadnego z nich nie ma o tej porze w domu. Malik miał mieć podobno jakieś spotkanie, a Horan skazany na samotność na dziewięćdziesiąt dziewięć procent wybrał się do Nandos. Tak szczerze? Ani trochę mi to nie pomogło.                    Pytałam, czy to jest na pewno dobry pomysł, żeby przyprowadzał do siebie nowo poznaną koleżankę z roku, ale odpowiedział mi cichym śmiechem. Cokolwiek to znaczyło.
            W końcu się zatrzymał. Wjechał na podjazd. A swoją drogą mówiłam jaki miał samochód? Otóż przez ostatnie pół godziny mój tyłek siedział na miękkim, obitym w skórę fotelu w nowym, idealnym Astonie Martinie. Karoseria lśniła kiedy tylko słońce postanowiło wyjść zza ciemnych chmur, bałam się tam wsiąść, że pobrudzę mu obcasem wnętrze albo... cokolwiek. Harry uśmiechnął się do mnie, rozbawiony widocznie tym moim podziwem w oczach i minął mnie dając do zrozumienia, żebym szła za nim.
            Dom to... Brak słów. Piętrowy budynek z ogromnymi oknami, ogrodzony nie żywopłotem, a całą serią kolorowych, różnorodnych roślin. Z tyłu widziałam kilka drzew, których korony przewyższały mieszkanie, dając niesamowite wrażenie. Drzwi frontowe koloru mahoniowego doskonale współgrały się z takim samym odcieniem ram okiennych i doniczkami przed wejściem. Było trochę szaro, ale moja wyobraźnia nie szwankowała i zapomniała o tym, że przecież mamy jesień, więc cała ta kolorowa otoczka straciła trochę na tęczowości.
             Chłopak otwierał właśnie przede mną drzwi, a ja rozejrzałam się po przedpokoju i... Był normalny. Naprawdę, żadnych złotych ram z reprodukcjami dzieł DiCapria ani powywieszanych nagród, które zdobyli. Było tu... skromnie. Kolor ścian to jasna brzoskwinia, kilka komód prawdopodobnie z butami, duże lustro, ciągnące się od samego sufitu do drewnianej podłogi i kilka zdjęć. Ich zdjęć. Z wywiadów, kilka z innymi gwiazdami i chyba kilka z ostrych imprez, bo Niall wyglądał na nich jak...
- Chodźmy do kuchni. - wzdrygnęłam się, kiedy usłyszałam jego rozbawiony szept tuż przy moim uchu, a gorący oddech na chłodnej szyi.
Wsunął dłoń w zagłębienie moich pleców i pokierował w pierwsze drzwi, które były otwarte. Zmarszczyłam czoło i spojrzałam na niego, ale on nic sobie z tego nie robił, jedynie rozejrzał się badawczo po pomieszczeniu. Jego śmiałość mnie peszyła. Zachowywał się jakbyśmy znali się wieki, jakby nawet coś miało nas łączyć, a w rzeczywistości poznałam go wczoraj i rozmawiałam ponad godzinę. Nie powiem, że mi się to nie podobało, byłam spragniona jakichkolwiek gestów bliskości i po prostu nie potrafiłam go odepchnąć. Swoją drogą właściwie nic złego nie robił, prawda?
            Kuchnia połączona była z salonem. Ściany miała szare, meble w podobnym odcieniu, a trochę inności dodawała granatowa wysepka na samym środku pomieszczenia. To pewnie dlatego, że salon zachowany był w granacie i popielu. Nie bardzo podobał mi się ten wystrój, nie lubiłam tak przesadnie zimnych pomieszczeń. Zawsze kojarzyło mi się to z brakiem więzi mieszkańców i taką odrębnością. Mimo to całość zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie. Widać było, że każdy mebel, każda ozdoba i każdy sprzęt był drogi albo unikatowy. Trochę mnie to przytłaczało... Ja, dziewczyna z centrum Londynu, z małego mieszkanka na czwartym piętrze w domu najsłynniejszego aktualnie zespołu muzycznego na świecie. BOŻE.
            Zsunęłam kurtkę z ramion i przewiesiłam ją przez kuchenne krzesło. Już miałam jakoś zacząć rozmowę i przerwać tę okropnie krępującą dla mnie ciszę podczas której Hazza robił herbatę, a ja poprawiałam okrycie na oparciu krzesła nawet wtedy, kiedy było już idealnie wyprostowane, ale jak na zawołanie kilka metrów za nami zaskrzypiały schody. Momentalnie obróciliśmy się w tamtym kierunku.
           Najpierw zobaczyłam szare, rozciągnięte dresowe spodnie, później czarny, wymięty podkoszulek, a później całą postać Zayna. A raczej pół-postać...
           W pierwszej chwili pomyślałam, że to pewnie efekt wymęczenia po trasie, którą ostatnio zakończyli, później przemknęło mi przez myśl, że przecież to normalne, że w prawdziwym życiu nie wyglądają tak dobrze jak w tv, ale... to była już przesada.
          Jego mokre włosy sterczały w każdą możliwą stronę. Kiedy powoli podszedł bliżej, wciąż w jakimś transie z przymkniętymi powiekami dojrzałam ogromne worki pod tymi niesamowitymi, brązowymi oczami i bladość jego i tak ciemnej skóry, lecz mimo to po moim ciele przeszedł jakiś dreszcz. Mulat jakby w ogóle nie przejął się moją obecnością i od razu podszedł do przyjaciela, prędko zabierając z blatu wodę.
- Cześć wam. - mruknął zachrypniętym głosem, opierając się tyłem o bar i przyssał się do butelki.
Odpowiedziałam cicho.

          Nagle poczułam się źle, że tak bez zapowiedzi wtargnęłam do tego mieszkania. Fakt faktem, że Harry twierdził, że będziemy sami, a tutaj...
          Nie mogłam odwrócić wzroku od tego chłopaka. Dwu czy trzydniowy zarost nie szpecił, a wręcz zdobił jego twarz. Ramiączka koszulki odsłaniały kilka wzorów tatuaży, jednak nie byłam w stanie ich rozpoznać. Całą jego postać otaczała jakaś dziwna aura niedostępności i tajemnicy. Był przygnębiony, smutny albo po prostu niewyspany. Wyglądał na wykończonego, jakby zarwał ostatnią noc, a my jak na złość nie daliśmy mu odpocząć.


- Harold, może od razu wstawisz nasz adres na twittera? Albo nie wiem... zorganizujesz tu koncert, hm? - zapytał obojętnie, jakby wcale go to nie zirytowało. - O, wiem! Zgarnijmy tutaj ekipę MTV Cribs! Po co nam prywatność. 
- Bądź miły, Zayn. - zaśmiał się niewzruszony Harry, a ja pragnęłam się stąd ulotnić jak najszybciej. - Ja dzielnie znosiłem towarzystwo twoich jazgotliwych koleżanek.
- Koleżanek z branży. - uściślił chłopak ze sztucznym uśmiechem na twarzy. - Nie fanek napalonych na twoje brudne gacie.
SŁUCHAM?!
Chyba się przesłyszałam! Co za bezczelny, zapatrzony w siebie, pieprzony egoista! Złość we mnie podbuzowała, miałam ochotę trzasnąć tymi drzwiami i rzucić krzesłem prosto w Mulata!
- Rzeczywiście żadna z nich nie latała po chacie jak nienormalna z aparatem w ręce i nie robiła mi zdjęć, kiedy wychodziłem z kibla. One wszystkie były z tej branży. Z Perrie na czele. - zironizował, ale jak się domyśliłam nie miał być to atak na dziewczynę Malika, a jedynie pokazanie mu, że początek ich związku zaczął się od Edwards z małej angielskiej wsi, a nie od solistki w Little Mix. Tak, przygotowałam się w znajomość plotek o każdym członku One Direction.
- Pierdolić Perrie. - rzucił wymownie, jakby od niechcenia na co Hazza wysłał mu niezrozumiane spojrzenie.
Zayn wskazał głową na mnie.
                  Od razu zrozumiałam, że nie chciał rozmawiać przy mnie. To nawet dobrze, bo już zaczęłam nie znosić tego chłopaka. Za jego stosunek do mnie, chociaż nawet mnie, popapraniec, nie znał to jeszcze za sposób w jaki wyrażał się o swojej dziewczynie. Okej, rozumiałam, że każdy mógł mieć jakiś problem w związku, ale nie okazywać taki totalny brak szacunku, zwłaszcza przy kimś obcym! Jeżeli każdy z członków boysbandu jest taki to wpakowałam się w niezłe gówno na najbliższe dwa tygodnie, dopóki Harry nie podejdzie do poprawki. Będę musiała trzymać język ostro za zębami.
                  Ucieszyłam się w myślach, że z wyśmiewającym całą sytuację uśmiechem opuścił kuchnię, rzucając przyjacielowi jeszcze kilka słów, których nawet nie słuchałam.
- Harry? - zagadnęłam cicho, oglądając się za siebie i upewniając, że Zayn zniknął z pola widzenia.
- Hm? - spytał nadal wkręcony w robienie herbaty i nawet nie podniósł na mnie wzroku.
- Myślę, że lepiej będzie jak mnie odwieziesz. - mruknęłam, podnosząc kurtkę z oparcia krzesła.
                  Usłyszałam cichy śmiech, a sekundę później odwrócił się, od razu udając się w moją stronę. Każdy kolejny krok stawiał powoli, a ja cofałam się mimowolnie, dopóki nie uderzyłam plecami o zimną ścianę. Na jego ustach wciąż tkwił ten sam, cwany uśmiech, a ja znieruchomiałam, kiedy poczułam jego buty dotykające moich. Był zdecydowanie za blisko. O wiele za blisko. Moje serce przyspieszyło, nie miałam pojęcia co ten chłopak robi, a fakt, że jego paraliżujące mnie, zielone spojrzenie lustrowało całą moją twarz wcale nie pomagał. Oparł jedną z dłoni o ścianę na wysokości mojego ramienia i pochylił się odrobinę tak, że jego czoło prawie zetknęło się z moim.
- Naprawdę? - szepnął wciąż uparcie wpatrując się we mnie.
                   Przełknęłam prędko ślinę i poczułam jak z nerwów robi mi się gorąco. Nie chciałam takiej bliskości. Nie teraz. Nie po tym co wydarzyło się wczoraj i co dalej pamiętałam aż za dobrze. Czułam jak po plecach spływa mi kropelka potu, a chłopak przysuwa się jeszcze bliżej tak, że jego nos zatrzymał się tuż przy mojej prawej skroni. Wciągnęłam powietrze.
- Będzie lepiej? - szepnął, a jego oddech odwinął skórę mojej szyi i byłam pewna, że pojawiła się na niej gęsia skórka. A mnie zmroziło.






_________________

Nudy na razie, ale jakoś trzeba zacząć :). Przeiwduję, że jeszcze jeden rozdział będzie taki sflaczały, a później (mam nadzieję) wszystko nabierze tempa :). Pozdrawiam! :*

5 komentarzy :

  1. Świetne! Brak mi słów. Masz wielki talent dziewczyno!
    Obserwuję! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie jest "sflaczały" - jak to nazwałaś! Jest świetny! Nie mogę się doczekać next'a! ;)
    A tak w ogóle to kiedy on się pojawi? xD

    http://whenever-you-kiss-him-im-breaking.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję i... bardzo niedługo ;p

      Usuń
  3. Mało się dzieje, ale to są początki jak u każdego. Niecierpliwie czekam na dalsze rozdziały. Musze przyznać, że główna bohaterka mnie zaintrygowała.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Nominowałam cię do Verisital Blogger i Liebster Awards.
    http://life-is-brutal-sweetie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń